Psy i ludzie

Nikt ich nie karmi, ale też i nie przegania. Nie bije i nie wyłapuje, ale też nie użala się nad ich losem. Może dlatego, że w India tak wielu ludzi głoduje i żyje na granicy egzystencji. Wałęsają się po wsiach i miastach całymi watahami. Psy – przeraźliwie wychudłe, często chore. Pokryte strupami i liszajami. O sierści przypominającej zbutwiałą wycieraczkę przed drzwiami. Są – podobnie jak większość Hindusów – wegetarianami i pewnie dlatego tak bardzo różnią się od swych zachodnich pobratymców. Żywią się tym, co znajdą na ulicy. Przegniłymi skórkami bananów i innych owoców. Nadgniłymi warzywami na wysypiskach śmieci. Zlizują resztki lodów z papierków. Wiecznie głodne, ale nie ma w nich agresji. Ludzi nie atakują i prawie nie szczekają. A jeśli już to robią, to ich szczekanie przypomina raczej skomlenie żebraka o parę rupii. Ciche i nieśmiałe. Jakby przepraszały za to, że żyją.

Nigdy – w czasie swych wielu podróży do Indii – nie widziałem nikogo, kto rzuciłby im choćby kawałek ciapati, tak jak wnuk maharadży z Kuchleharu opiekujący się setkami bezpańskich kundli w New Delhi, którego spotkał Tiziano Terzani. „Każdego ranka, punktualnie, nie zważając na wiatr czy deszcz, wyruszał swym starym samochodem, do którego czasem ładował i zabierał do domu jakieś ranne albo umierające zwierzę zgarnięte na ulicy”. (T.Terzani, „Nic nie zdarza się przypadkiem”). Z drugiej strony, nigdy nie byłem świadkiem torturowania zwierząt jak niestety, zdarza się to jeszcze w Polsce. Może z powodu wiary w reinkarnację i przekonania Hindusów, że ludzie, zwierzęta i rośliny to różne fazy tej samej egzystencji. No bo jak tu rzucić kamieniem w swojego zmarłego ojca, matkę czy dziadka?

Dziwne, że pomimo tak podłej diety i warunków życia miały jeszcze siły na kopulowanie. Ich miłosne zapasy przypominają raczej końcówkę bokserskiej walki, kiedy to obaj zawodnicy, z wyczerpania i bólu, ledwo słaniają się na nogach. Nie ma w nich pożądania, Tanjavurpasji, ale resztki instynktu popychające do aktu prokreacji. Podobnie jak u mieszkańców slumsów, którzy choć żyją poniżej poziomu egzystencji, płodzą rokrocznie kolejne dzieci skazane na wegetację w brudzie, smrodzie i poniżeniu. W Indii – zwłaszcza na wsi – zadziwia mnie ta symbioza ludzi i zwierząt żyjących obok siebie. Właśnie „obok” a nie „razem” jak na Zachodzie, gdzie pies, kot a nawet świnia bywają „najlepszymi przyjaciółmi człowieka”.Maskotkami prowadzonymi na smyczy i w kagańcu, czy żywymi kilogramami protein tuczonymi na siłę w przemysłowych Hodowlach. W Indii, wyłącznie w dużych miastach spotykałem zamożnych przedstawicieli klasy średniej spacerujących po ulicach ze swoimi psimi pupilami. Na wsiach nadal te dwa światy, ludzi i zwierząt, istnieją obok siebie, choć każdy Hindus wie, że są częściami tej samej całości, częścią stworzenia. Jedna bez drugiej nie może istnieć. Może z tego powodu tak rzadko spotykam się tam z przejawami infantylnej, charakterystycznej dla Zachodu rzekomej troski o prawa i losy zwierząt. Nawet najmniejsze dziecko w Indii wie, że człowiek nie jest istotą wyższą, która może wykorzystywać zwierzęta i uśmiercać do woli. Dla własnej przyjemności i korzyści.

Dopiero niedawno Zachód na nowo „odkrył”, że postęp oparty wyłącznie na rozumie, panowaniu nad przyrodą oraz konsumpcji prowadzi człowieka w ślepą uliczkę i zmienia swój stosunek do przyrody. Tyle, że to jego staranie bardziej przypomina narcystyczne przeglądanie się w lustrze jak autentyczne poszukiwanie utraconej więzi z Wszechświatem. A tymczasem w imperium Maurjów, już w III w. p.n.e. cesarz Aśoka Wielki, po przyjęciu dharmy Buddy, wydał edykt zabraniający „zabijania zwierząt czy to na pokarm czy dla obrzędów religijnych”. Jest to dziedzictwo, do którego Zachód – jeśli zechce – może zawsze nawiązać.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *