Tatev

Ormiańska pieśń

Do Tatev pojechaliśmy taksówką „po zakazu”, bo komunikacja autobusowa w Armenii jest w stanie embrionalnym. Połączeń dalekobieżnych jest niewiele, a słynne „marszrutki” – kursujące na krótszych trasach – są raczej dla ludzi o dobrej kondycji fizycznej. Trzeba mieć też cierpliwość, bo zatrzymują się tam, gdzie tego życzą sobie pasażerowie. Często w wioskach odległych o kilkanaście kilometrów od ustalonej trasy. Mają tylko jeden walor. Są bardzo tanie, czego nie można było powiedzieć o naszej taksówce za 65 tys. dram. Prawie 500 złotych za ok. 300 km.

Aram, nasz kierowca prowadził wysłużonego „Opla” jak kierowca Formuły I. Na niektórych odcinkach drogi „wyciągał” nawet 160 km na godzinę, mimo że jej nawierzchnia przypominała szwajcarski ser. Jeśli dziura była na naszym pasie,  zjeżdżał na sąsiedni,  ryzykując zderzenie czołowe z ogromnymi irańskimi cysternami benzyny.

Umówiliśmy się z nim, że pod drodze odwiedzimy dwa leżące nieopodal klasztory: Chor Wirap i Noravank. Nie jestem amatorem architektury, więc trudno mi docenić ich piękno. W  czasach licznych okupacji Armenii odegrały jednak  olbrzymią rolę w zachowaniu języka, wiary i ormiańskiej tożsamości począwszy od 301 r. n.e., kiedy św. Grzegorz Oświeciciel ochrzcił króla Tridatesa III z dynastii Arsacydów zapoczątkowując chrześcijaństwo w Armenii. 100 lat później, w Eczmiadzynie,  św. Mesrop Masztoc stworzył alfabet ormiański.

Chor Wirap jest oddalony od podnóża góry Ararat tylko o kilka kilometrów. To w  jego lochach św. Grzegorz spędził kilka lat. Święta góra Ormian, na której podobno spoczywa arka Noego, leży już w Turcji. Za graniczną rzeką Araks. Z klasztoru, jak na dłoni, widać pas „ziemi niczyjej” obwiedziony zasiekami z drutu przedzielonymi wieżami strażniczymi. Łąki, pola, sady. Jakieś resztki zabudowań. Jest cicho i spokojnie. Siedząca przy toalecie staruszka pobierająca opłaty za WC zagadnięta przeze mnie pokazała ręką:

– O tam, gdzie te wysokie topole był mój dom. Nasza wioska, w której mieszkało kilkadziesiąt rodzin. Turków i Ormian. Po masakrze Ormian, w 1917 roku uciekliśmy do Iranu. A potem znów próbowaliśmy wrócić, ale Turcy nie pozwalali. Po wcieleniu Armenii do ZSRR,  osiedliliśmy się tutaj. by choć popatrzeć na naszą wioskę i Ararat. Teraz od otwarcia granicy Turcy pozwalają nam, za specjalną przepustką, uprawiać  tam ziemię. Ale smutek pozostał, bo i święta góra jest u nich – wyjaśniła.

Muszę przyznać, że oba klasztory zrobiły na mnie dosyć ponure wrażenie, bo nie ma w nich ani odrobiny sacrum. Kolejne atrakcje wypełnione zgiełkiem turystów robiących „słitficocie” na tle misternie rzeźbionych chaczkarów i pociemniałych ze starości ikon.

Wieś Tatev położona jest na wysokości 1650 m n.p.m. Kilkaset metrów od klasztoru stojącego na skraju głębokiego wąwozu rzeki Worotan.  Można do niej dojechać albo najdłuższą na świecie kolejką linową, albo gruntową, górską drogą. Ze względu na bagaże wybraliśmy ten drugi wariant. Przed restauracją, prowadzoną przez jej rodzinę, czekała już na nas Maro. Przebojowa dwudziestolatka mówiąca całkiem nieźle po angielsku. Po kawie, jej ojciec Saro zawiózł nas wiekowym UAZ-em do swojego domu, w którym kilka pokoi przygotowano dla turystów. Bez przerwy żartował i  śmiał się  wymieniając donośnym głosem uwagi z sąsiadami, których mijaliśmy.

Wzdłuż wyboistej drogi, którą jechaliśmy straszyły opuszczone i zrujnowane budynki dawnego sowchozu. Na podwórkach dziesiątki rdzewiejących wraków: rolniczych maszyn, traktorów. Sterty zużytych opon. Dziurawe, skorodowane zbiorniki na wodę. Obraz biedy i beznadziei.

Saro wyjaśnił, że za ZSRR sowchoz całkiem nieźle prosperował:

– Hodowaliśmy 400 krów. 700 owiec. Na polach uprawialiśmy ziemniaki i warzywa. Wszystkiego mieliśmy w bród. Mięsa, mleka, chleba, owoców i jarzyn. Teraz nie ma nic. Kiedy spytałem do kogo teraz to wszystko należy, odparł, że do państwa. Nikt jednak nie dba o posowchozowy majątek. W przyszłości grunt pewnie wykupią bogacze z miasta i postawią tu hotele dla zagranicznych turystów  – dodał.

W monastyrze Tatev poczułem wreszcie dobrze mi znany klimat modlitw i mistyki. Zburzony w trzęsieniu ziemi w 1931 roku powoli jest odbudowywany. Już na zewnątrz słychać było polifoniczne śpiewy mniszek,  mieszkających w prowizorycznych celach przy kościele. Jedna z nich o łagodnym uśmiechu wręczała kobietom białe chustki, które wewnątrz kościoła musiały założyć na głowę. Pilnowała też zachowania ciszy upominając raz po raz zbyt głośnych turystów. Robiła to jednak bardzo dyskretnie ledwo słyszalnym „szszyyy”.

Po chwili modlitwy poprosiliśmy brodatego księdza w czarnej sutannie o błogosławieństwo na dalszą podróż. Popatrzył na nas roześmianymi oczyma spod czarnego kaptura i zapytał – skąd jesteście? Kiedy usłyszał, że z Polski dotknął prawą ręką w okolice serce i powiedział z widocznym wzruszeniem – byłem na spotkaniu z św. Janem Pawłem II.

Wieczorem, po kolacji Saro postanowił, że nas odwiezie na nocleg. Wsiedliśmy „na pakę” UAZ-a z kilkoma pracownicami restauracji. Pomimo zmęczenia śmiały się i żartowały. Ich perlisty śmiech niósł się daleko rozrywając zasłony ciemności. Nad nami rozgwieżdżone jak u Kanta niebo.  W pewnej chwili kobiety zaczęły śpiewać jakąś starą, ormiańską pieśń. Miałem wrażenie, że z wąwozu rzeki Worotan wtórują im dusze zmarłych mieszkańców. Poczułem się szczęśliwy jak dziecko, które pierwszy raz w życiu zobaczyło księżyc.

cdn.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *