Kurdystan – ziemia krwawych łez (1)

Trzy tygodnie przed moim przyjazdem – 6 października  2019 r. ­– do nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu w dystrykcie Kulp, w prowincji Diyarbakir pod kołami mikrobusa wiozącego robotników wybuchł zaimprowizowany ładunek ukryty w drodze. Siedem osób zginęło, a 10 zostało ciężko rannych. Władze regionu tradycyjnie oskarżyły o zamach, separatystów w PKK (Partia Pracujących Kurdystanu).

Od wielu lat ten region Turcji zajmuje czołowe miejsce na liście ostrzeżeń europejskich MSZ-tów dla podróżujących. Właśnie z powodu zamachów bombowych tak na policję, wojsko ale także na cywilnych mieszkańców i turystów. Pierwsze oznaki stanu pogotowia dostrzegłem już w hali przylotów. Wielu, uzbrojonych po zęby policjantów, jastrzębim wzrokiem lustrowało pasażerów. Przed budynkiem dworca lotniczego spokoju pilnował opancerzony wóz policyjny oraz liczne, umundurowane patrole. Pewnie drugie tyle było po cywilnemu. Od czasu do czasu kogoś legitymowali.

Wsiadłem wraz z żoną  do taksówki  prowadzonej przez uśmiechniętego 30-latka. Mknąc czteropasmową autostradą do centrum miasta, co kilka kilometrów musieliśmy zwalniać przed betonowymi barykadami ułożonymi w poprzek jednego z pasów i wjeżdżać na ogrodzony betonowymi płytami pas jezdni, na którym policjanci wspólnie z żandarmerią i wojskiem  kontrolowali przejeżdżające pojazdy i pasażerów. Kontrole były bardzo drobiazgowe. Sprawdzano nie tylko dokumenty pasażerów, ale również ich bagaże. Czasami używali do wykrywania ładunków wybuchowych specjalnie tresowanych psów.

Kilkaset metrów od skrzyżowania z drogą do Mardin utknęliśmy w długim korku. Wysiadłem, by rozprostować nogi. Po chwili usłyszałem kakofonię policyjnych syren i dostrzegłem długą kolumnę opancerzonych pojazdów błyskających niebieskimi światłami. Kierowała się w kierunku Diyarbakir. Zapytałem kierowcę, co się dzieje. Odpowiedział łamaną angielszczyzną, że nic nadzwyczajnego. Pewnie znów kogoś ścigają. Na kolejne pytanie, czy jest bezpiecznie, w odpowiedzi usłyszałem przeciągłe yyyyhhhyyy.

Powoli płowe, jałowe pola zaczęły ustępować miejsca obskurnym blokom mieszkalnym i warsztatom. Kiedy zauważyłem czarne, bazaltowe, bizantyńskie mury z IV wieku okalające stare miasto, wiedziałem, że jesteśmy ma miejscu.  Zatrzymaliśmy się w hotelu Ekin położnym blisko murów i centralnego placu miasta. Jedyną osobą, która mówiła w nim trochę po angielsku był Hussejn. Szczupły, młody brunet w kolorowej koszuli i nażelowanych włosach, będących w Oriencie szczytem elegancji.  Pomógł nam się zarejestrować i zanieść bagaże do pokoju. Spytałem go, skąd zna angielski? Odpowiedział, że  jest Kurdem z Iraku i tam się trochę nauczył. Na dowód swych słów wyciągnął z kieszeni pognieciony iracki paszport.

Postanowiłem się ostrzyc. Za rogiem hotelu, w bocznej, wąskiej ulicy dostrzegłem zakład fryzjerski. Był otwarty. Właściciel i fryzjer w jednej osobie wylegiwał się w fotelu gapiąc się telewizor. Kiedy wszedłem do lokalu oderwał wzrok od biegających na ekranie piłkarzy  i na przywitanie bacznie mnie zlustrował. Gestem dłoni pokazał mi bym usiadł w fotelu jeszcze ciepłym od jego ciała. Owinął mi szyję jakąś białą taśmą. Założył fartuch. Już zacząłem przygotowywać dłonie do użycia najstarszego języka na świecie czyli migowego, kiedy usłyszałem pytanie zadane szkolnym angielskim na poziomie podstawowym – Ameryka? – Nie. Poland, Polonia – odrzekłem. – O Poland, Polonia, Lewandowsky – wykrzyknął z radością.

Kontynuując tak sympatycznie rozpoczętą polskim akcentem piłkarskim konwersację spytałem fryzjera o lokalizację dwóch kościołów, które zamierzałem obejrzeć , ormiańskiego pod wezwaniem św. Grzegorza oraz syryjskiego, pod wezwaniem Marii Panny. Spojrzał na mnie, tak jakbym pytał o drogę do nieba.

– Dziś w Dyarbakir nie ma już wielu Ormian czy Suriani (Syryjczycy,  wyznawcy Syryjskiego Kościoła Ortodoksyjnego, rdzenna ludność na ziemiach północnej Mezopotamii, Syrii i zachodniej Armenii  posługująca się językiem aramejskim, w którym mówił Jezus Chrystus). Zostało kilkadziesiąt rodzin. Dzięki Allahowi w mieście i całej prowincji większość ludności to muzułmanie. I Kurdowie  – podkreślił z dumą .

– Co się z nimi stało? – dopytywałem.

– Wyjechali za granicę – odparł enigmatycznie,  dociskając boleśnie do skóry maszynkę do golenia.

Taka jest oficjalna wersja tureckich historyków i rządu. I takiej się trzymał mój fryzjer. Może ze strachu, bo publiczne mówienie o ludobójstwie Ormian, Asyryjczyków czy Greków jest w dzisiejszej Turcji uznawane za przestępstwo zdrady tureckości, karane wieloletnim pobytem w więzieniu. Prawda jest jednak inna. Zostali zamordowani lub wypędzeni ze swoich domów w latach 1914-1918 w ramach projektu homogenizacji Turcji zapoczątkowanego jeszcze przez Imperium Osmańskie, a kontynuowanego przez rząd Młodych Turków (tureckich nacjonalistów). Największą odpowiedzialność za politykę pogromów ponosi Taalat Pasza, osmański minister spraw wewnętrznych, związany z tym ruchem.

Kampania pogromów i rzezi Asyryjczyków ma dziś nawet swoją nazwę. Seyfo, czyli rok miecza. Takiego miecza używały także plemiona kurdyjskie, które włączyły się aktywnie w masakry Asyryjczyków i Ormian. Większość Suriani została ścięta takimi mieczami. Nie było jednak znormalizowanego sposobu zabijania. Głównie ścięcie głowy, ale także ukamienowanie, zastrzelenie. Wielu oficerów tureckich i kurdyjskich wojowników plemiennych kolekcjonowało części ciał zabitych ofiar: uszy, nosy, kobiece części ciała. Historyk David Gant podkreśla w swoich opracowaniach na temat Seyfo, że celem prześladowań była konfiskata ziemi i jej przejęcie. Po części przez turecki rząd, a po części przez jego ówczesnych sojuszników. Plemiona kurdyjskie.

Według danych Syryjskiego Patriarchatu Ortodoksyjnego przedstawionych na konferencji pokojowej w Paryżu, w prowincji Diyarbakir zostało zabitych 77 963 Asyryjczyków w 278 wioskach.  Z 12 500 Ormian mieszkających w tej prowincji przed I wojną światową, ocalało zaledwie 1000 osób. 92% zamordowano.

Według szacunków Centrum Badawczego Ludobójstwa Asyryjskiego (Seyfo Center) łączna liczba ofiar prześladowań waha się od 350 tys. do 500 tys.  Z 1,5 miliona Asyryjczyków mieszkających na terenie południowo-wschodniej Turcji przed I wojną światową, dziś pozostało 15 tys. Są uznawani nie za mniejszość etniczną, ale wyłącznie za zgromadzenie religijne.  Dzięki temu władze tureckie mogą pokazywać światu, jak tolerancyjnym państwem jest ich kraj. Z 249 monastyrów syryjskich czynnych jest obecnie zaledwie cztery. W tym słynne: Mor Gabriel oraz Derul Zaferan (Szafranowy) blisko Mardin.

Ostrzyżony i zlany strumieniem wody kolońskiej, której zapach odstraszał wszystkie muchy w promieniu pięciu metrów, zapragnąłem napić się kawy w pobliskiej kawiarni. Usiadłem na zydelku, którego wysokość wybitnie przeznaczona była dla dziecka, a nie dla dorosłego. Zamówiłem lokalną specjalność, menengic kahvesi czyli kawę pistacjową. Po chwili przysiadł się do mnie staruszek ubrany w tradycyjne kurdyjskie porcięta. Z krokiem obniżonym do kolan. Zaczął od tradycyjnej litanii pytań, wygłaszanej po turecku. Skąd jesteś? Gdzie mieszkasz ? Tyle się domyślałem i  na chybił trafił od razu odpowiedziałem – Poland, Polania. – O Polonia, molto bene – wykrzyknął z radością mój rozmowny sąsiad. I na tym jego znajomość włoskiego się skończyła.

Pobiegłem do hotelu po Hussejna, by służył mi za tłumacza. Ten przystał na moją propozycję z wielką ochotą. Siedzieliśmy w milczeniu we trójkę siorbiąc pistacjową kawę i popalając moje Winstony. Nagle, ni stąd ni z owąd, mój dziadunio zapytał – A wiesz skąd wzięli się Kurdowie? Zdębiałem. Coś tam wiedziałem, że to naród pochodzenia indoeuropejskiego, w większości sunnici , posługujący się językiem kurdyjskim o dosyć niejasnym pochodzeniu.

Jedna z hipotez głosi , że pochodzą od Medów, którzy wraz z Babilończykami obalili w VII wieku przed naszą erą imperium asyryjskie. W VII wieku naszej ery podbici przez Arabów i zislamizowani. Potem podbici, w XI wieku, przez Turków Seldżuckich. Z tego okresu pochodzi ich najbardziej znany krajan Salah ad-Din znany na Zachodzie jako Saladyn. Dał on łupnia krzyżowcom  w bitwie pod Rogami Hittin i odzyskał z ich rąk, Jerozolimę.

Nie byłem jednak gotów na sprawdzian swej wiedzy o Kurdach i to w ich mateczniku. Dziadzio jednak miał ogromną ochotę by mnie oświecić. Zamówił kolejną kawę. Rozsiadł się wygodnie. Przypalił kolejnego, mojego Winstona i zaczął opowieść  o królu Salomonie, który wysłał do Europy 500 posłów, by mu przywiedli pięćset najpiękniejszych kobiet. W owych czasach ta liczba na nikim nie robiła wrażenia i dobrze świadczyła o jurności władców. Zanim jednak kobiety nadjechały, król zmarł Posłowie zinterpretowali więc wolę władcy po swojemu i za 9 miesięcy narodziło się 500 pół­europejskich dzieci. – Tym sposobem pojawiła się rasa Kurdów  – zakończył opowieść mój towarzysz figlarnie się uśmiechając pod wielkim wąsem.

– Podobało ci się?  – zapytał waląc mnie jednocześnie ręką w kolano. Krztusząc się fusami od kawy tylko skinąłem głową , że tak, choć zrobiło mi się smutno, bo wiedziałem, co stało się  potem.  Za Ataturka podzielili losy swych niedawnych ofiar. Ormian i Asyryjczyków. Stracili nie tyko tożsamość  – bo Ojciec Turków uznał ich za część narodu tureckiego nadając im nazwę Turków górskich – ale też i prawo posługiwania się własnym językiem, czy prawo do noszenia tradycyjnych strojów.

Nie stracili jednak duszy. Obecnie w samej Turcji mieszka ich ok. 15 milionów (ok. 20% populacji całego kraju).  Pozostałe dwadzieścia  w Syrii, Iranie i Iraku. Od lat walczą o swoje państwo, które w wielowiekowej historii mieli raptem przez 2 lata. Od 1921 do 1923 roku. Było to Królestwo Kurdystanu. Jednak w 1923 roku traktat z Lozanny je zlikwidował i podzielił Kurdystan pomiędzy Turcję, Francję i Wielką Brytanię.

W 1978 roku Abdullah Ocalan założył PKK, której celem było zdobycie dla Kurdów niepodległości, a przynajmniej autonomii. W 1983 roku ugrupowanie  rozpoczęło walkę partyzancką z tureckim państwem atakując wojsko, policję , instytucje publiczne. W jej wyniku, po obu stronach, zginęło ponad 40 tys. ludzi. Paradoksalnie to za rządów Erdogana, najpierw  premiera , a dziś prezydenta, odzyskali część swoich praw: edukację w języku kurdyjskim, media kurdyjskie itp. Jednak PKK pozostawała jego osobistym wrogiem, choć jej założyciel  siedział w więzieniu. W 2016 roku z powodu oskarżeń o powiązania z PKK , pro-kurdyjskie media zamknięto i zwolniono 11 tys. nauczycieli oskarżanych przez władze o sympatie dla PKK.

Spędziliśmy w Diyarbakir dwa dni włócząc się urokliwymi uliczkami, smakując lokalnych przysmaków. Było spokojnie, a nawet nudno. Nic nie zapowiadało nadchodzącej burzy. Żegnając się z moim irackim Kurdem spytałem go o to, czy teraz będzie spokojnie. – Być może. Większość bojowników kurdyjskich (peszmergów) jest teraz w Syrii i Iraku, ale Erdogan im nie da spokoju  – odparł. Jego słowa okazały się prorocze.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *