Antoni w pałacu Radży

Egoizm

Kiedy oswoiłem się już z myślą, że choruję na raka i zacząłem z nim żyć na własnych warunkach zauważyłem u siebie początki innej „choroby” – egoizmu. Wypływał on z przeświadczenia, niczym nieuzasadnionego, że tylko ja choruję i tylko moje: doświadczenia, punkt widzenia, opinie i potrzeby są ważne, prawdziwe i realne. Innych, nie. Podświadomie myślę, chciałem być pępkiem świata wokół którego, w dygach i ukłonach, wirują inni ludzie spełniający moje oczekiwania , popłakujący nad moją niedolą. Aprobujący nawet największą brednię jaką wypowiadałem lub wypisywałem tylko z jednego powodu, że jestem chory.

Mój egoizm przejawiał się w tym, że niekiedy przestawałem się liczyć z życiem innych, z najbliższymi włącznie. Ich radość z drobnych przyjemności, zajmowanie się codziennym, zwykłymi sprawami odbierałem jako akt swoistej „zdrady” wobec mnie i mojego chorowania. Myślałem sobie, jak oni mogą w takiej chwili myśleć o wyjeździe na narty, chodzić do restauracji, spędzać czas w gronie rodziny czy przyjaciół? Z drugie strony, kiedy próbowali, choć na chwilę, mnie rozerwać, protestowałem bo – wstyd przyznać – dobrze mi było z maską Kordiana cierpiącego za miliony.

Nie chciałem przyjąć do wiadomości, że mają prawo, wręcz obowiązek, żyć własnym życiem. Patrzeć na świat własnymi oczyma a nie moimi. Cieszyć się wszystkim co sprawia im radość. Po swojemu, a nie pod dyktando moich lęków i obaw. Dopiero potem zrozumiałem, że tym lepiej będę mogli mi pomóc, tym łatwiej im będzie ze mną żyć, jeśli będą silni czerpiąc radość i moc ze wszystkiego co sprawia im frajdę. Miał rację Thomas Merton, że nikt nie jest samotną wyspą, ale też nikt nie ma prawa oczekiwać, żeby inni żyli na naszą modłę.

Uprzytomniła mi to kiedyś moja żona, która po moim wybuchu złości zwróciła mi uwagę, że ona też się liczy i jej sprawy tak samo są ważne, jak moje. Miała rację. Nikt, a zwłaszcza chorzy, nie mają prawa oczekiwać, aby najbliższe im, zdrowe osoby złożyły swe życie na ołtarzu ich choroby. Egoizm sprawia, że także wśród samych chorych tak trudno o zrozumienie czy współczucie. Liczę się tylko ja. Mój ból, mój gniew i mój sposób przeżywania choroby. Ileż to razy pod lekarskimi gabinetami brałem udział w swoistych licytacjach, kto bardziej jest chory. „A ja miałem już trzy chemioterapie” – mówi jeden. A drugi, nie słuchając przebija – „A ja miałem cztery i jestem przed kolejną”. Jakiś absurdalny handel nieszczęściem, który jest być może dramatyczną próbą zwrócenia uwagi na siebie, albo przejawem egocentryzmu.

Ostatnio czytałem książkę młodej dziewczyny, u której zdiagnozowano raka jelita grubego. Jej główną tezą, jest przekonanie, że została niesprawiedliwie doświadczona. Tak jakby choroba starszego człowieka była bardziej „sprawiedliwa”, bo przeżył więcej lat od niej. Pełno w niej gniewu i złości na Boga, lekarzy, służbę zdrowia, tak jakby to narzekanie mogłoby cokolwiek zmienić lub przywrócić jej zdrowie. Opisuje chorych na raka, których spotkała, wyłącznie przez pryzmat własnego lęku jako kształty o pustych oczodołach wypełnionych strachem. Nie przyszło jej na myśl, że owe obrazy, które w książce maluje mogą być wyłącznie rezultatem jej projekcji. Być może z nimi rozmawiała, ale nie słyszała ich odpowiedzi. Nie słyszała lub nie chciała usłyszeć, bo nie pasowały do narracji książki i jej widzenia świata. A może był to  krzyk rozpaczy, bądź zagubienia, bo nikt jej nie powiedział, że z rakiem można żyć na własnych warunkach i cieszyć się każdą chwilą jak wygraną w totolotka?

Pewnym usprawiedliwieniem postawy egoistycznej u chorego, zwłaszcza na ciężką i przewlekłą chorobę, jest fakt, że jedną z motywacji egoizmu jest przetrwać za wszelką cenę jako organizm. W takiej sytuacji wszystko, co mu zagraża tak psychicznie jak i fizycznie, nad czym nie sprawuje kontroli, jest  lub może być zagrożeniem. Ludziom zdrowym trudno to zaakceptować, bo nie odczuwają tego zagrożenia tak namacalnie, wręcz fizycznie. I to każdego dnia.

Czy można „wyleczyć” się z egoizmu, a jeśli tak, to jak to zrobić ? Nie sądzę, by można go było całkowicie wyeliminować, bo dla nich, jest on często specyficznym wołaniem do świata  – żyję, jestem jeszcze, potrzebuję waszej pomocy i uwagi ! Warto jednak nad nim panować, by nie zamienić relacji z ludźmi, przede wszystkim z najbliższymi, w „czarną dziurę” pochłaniającą całą ich energię i czas. Otworzyć się na nich i pozwolić im świecić swoim własnym światłem, nie tym odbitym od nas, chorych.

cdn.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *