Rikszarz z Chennai

Riksiarze – „bohaterowie” miasta

Chennai budzi się jeszcze przed świtem. Uliczny hałas powoli, falami uderza w okna domów i uszy pieszych. Przy wózkach z herbatą i jedzeniedrobnymi przekąskami gromadzą się pierwsi klienci. Najczęściej są to kierowcy autoriksh, personel okolicznych sklepów i firemek, właściciele drobnych kramików z owocami i kwiatami na pudzię, uliczni krawcy, szewcy, prasowacze używający jeszcze ogromnych, metalowych żelazek z „duszą” .  Piją w papierowych kubkach lub szklankach przeraźliwie słodką herbatę. Nikt się nie przejmuje tym, że woda do płukania szklanek nabiera po pewnym czasie ciemnobrunatnego koloru. Jest to ich pierwszy posiłek często zastępujący śniadanie. Ma dwie zalety, jest kaloryczny i tani. Kubek herbaty kosztuje tylko 8 rupii, czyli kilkadziesiąt groszy i wielu z nich musi wystarczyć do obiadu. „Szczęściarze” zagryzają zimnymi samosami, bananami lub ciastkami, dorównującymi twardością diamentowi. Niektórzy ćmią kupowane na sztuki papierosy, wymieniając przy tym najświeższe plotki.

ChennaiNie ma wśród nich „białych kołnierzyków”. Ci jeszcze śpią przewracając się z boku na bok w klimatyzowanych mieszkaniach. W Chennai można zarobić, ale też koszty utrzymania są o wiele wyższe jak na wsiach, z których pochodzą przybysze. Codziennie  przyjeżdża ich kilka tysięcy dlatego tak trudno określić rzeczywistą populację miasta. Zamożniejsi wynajmują pokoje lub mieszkania. Przeważnie jednak koczują w slumsach usytuowanych nad kanałami i nad Zatoką Bengalską. W „domach” zbudowanych ze znalezionych na wysypiskach odpadów i przykrytych charakterystyczną niebieską, brezentową płachtą. Bez bieżącej wody, elektryczności i kanalizacji.

Nietypowym przykładem jest Rajendra, jeden z kierowców autoriksh, mieszkający wraz z żoną i trójką dzieci  w Tambaram oddalonym od Chennai o 30 kilometrów. Z dumą podkreśla, że mieszka w „prawdziwym domu”, co według europejskich standardów zapewne oznacza dwuizbową budę, zbudowaną własnym sumptem z cegieł po rozbiórkach.  Autoriksha nie jest jego własnością. Tylko nielicznych stać na kupno własnej. Dzierżawi ją – podobnie jak wielu jego kolegów – od właściciela firmy za 55 % miesięcznego utargu. Podkreśla przy tym, że to dobre rozwiązanie, bo inni muszą płacić stały, niezależny od zarobków, miesięczny ryczałt wynoszący nierzadko kilka tysięcy rupii. Są bowiem takie dni, że zarabiają bardzo mało. Kiedy jest ich więcej to prawdziwa bieda, bo właściciel nie chce poczekać na zapłatę ryczałtu. On zaś z każdej dniówki ma dla siebie przeciętnie 500 rupii czyli ok. 9 dolarów. To jednak wystarcza zaledwie na zaspokojenie najprostszych potrzeb jego rodziny. Dlatego lubi wozić zagranicznych turystów. Na jednym kursie, na dystansie 10 km, może zarobić nawet 300 rupii. Trzykrotnie więcej jak według wskazań taksometru. Podkreśla  przy tym, że nie jest to oszustwo bo – „każdy może z nim przed jazdą ustalić z ostateczną kwotę za przejazd. A jeśli tego nie robi to jego strata”. Rozmawiamy łamaną angielszczyzną, bo Rajendra zna tylko kilkadziesiąt podstawowych słów w tym języku, co i tak jest chlubnym wyjątkiem. Większość jego kolegów rozumie wyłącznie „yes” i „no”. Nie mówi też w hindii, co staje się poważnym problemem, kiedy trafia się podróżny z innego stanu np. Gudżaratu czy Maharasztry. Czasami, w takich sytuacjach, pomagają bardziej wykształceni koledzy. Najczęściej uniwersalnym językiem pozostaje język migowy okraszony kilkoma angielskim słowami i zwrotami.  Trochę komiczna sytuacja, Hindus z Hindusem rozmawia „na migi”. Pytam go co lubi robić w wolnych chwilach. „Zjeść dobry obiad, pobawić się z dziećmi. I koniecznie po obiedzie zapalić jointa” – odpowiada, szelmowsko mrużąc oczy, jakby już się zaciągał „gandzią”.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *