Star Valey

Piekielna wyspa (2)

Na Qeszm nie ma komunikacji publicznej, więc jeśli się chce ją zwiedzić trzeba wynająć taksówkę, albo skorzystać z usług agencji turystycznej, która to oferuje. Wynajęcie taksówki jest jednak tańsze i nie jest się skazanym na towarzystwo innych. Nie zawsze miłe. Menadżer hotelu polecił nam Hassana, swojego znajomego, który – w jego opinii – miał mówić komunikatywnie po angielsku, co w Iranie nie jest częstym zjawiskiem. Przekonałem się o tym w tamtejszych hotelach, pociągach, sklepach i restauracjach. W wielu tych miejscach znajomość tego języka ograniczała się do „Hello”.

Czekaliśmy na Hassana w hotelowym lobby popijając herbatę. Pojawił się punktualnie o dziewiątej, tak jak się umówiliśmy poprzedniego dnia. Prezentował się nieźle. Szczupły, wysoki czterdziestolatek w odprasowanej, białej koszuli. Lekko posiwiały. Niepokoił nas jedynie zapach nieprzetrawionego alkoholu, który wokół rozsiewał. Próbował go tłumić żując gumę, ale bez widocznych rezultatów. Przyniósł ze sobą mapę wyspy z anglojęzycznymi napisami. Prawdopodobnie jedyną na całej wyspie, bo pomimo wielu prób,  nie udało się nam takiej, gdzie indziej kupić. Ustaliliśmy marszrutę, cenę i w drogę.

Klimatyzowaną Toyotą szybko wydostaliśmy się z miasteczka i pruliśmy równą, asfaltową drogą ciągnącą się jak czarna wstążka wzdłuż pustynnych krajobrazów. Pustynia zdawała się skręcać z bólu od słonecznego żaru.  Mijaliśmy uformowane przez wiatr i erozję wzgórza. Jedne przypominały ruiny starożytnych twierdz. Z obwałowaniami ciągnącymi się aż po horyzont i strzelistymi basztami o blankach wygładzonych przez pustynne zamiecie. Inne były jak jurajskie dinozaury, z których pozostały tylko fragmenty olbrzymich szkieletów. Wielkie głowy, olbrzymie kończyny, rozsypujące się w proch kręgosłupy z resztkami żeber. Jeszcze inne przypominały olimpijskie pochodnie. Na wąskim trzonku spoczywał kawał skały dający złudzenie palącej się korony płomieni. Pustynną monotonię przerywały widoki ludzkich osiedli. Niepozorne, betonowe meczety w towarzystwie kilkunastu parterowych domów, pomiędzy którymi pasły się kozy i wielbłądy. Jedyne zwierzęta, które w tym bezwodnym środowisku są w stanie znaleźć cokolwiek do jedzenia. Jakieś resztki rdzawej trawy, krzewy saksaułu, a nawet stare gazety.

Zatrzymaliśmy się na parkingu przed „Gwiezdną Doliną” rozciągającym się na wiele kilometrów labiryntem wąwozów wyżłobionych przez wodę i wiatr w miękkiej skale. Lokalni mieszkańcy wierzą, że powstała od uderzenia spadającej gwiazdy. Czasami o poranku kiedy wieją silne wiatry, a słońce zaczyna ogrzewać skały można usłyszeć przenikliwy dźwięk. Tubylcy mówią, że to jęczą dusze zmarłych.

Błąkaliśmy się wąskimi kanionami po  Księżycowej Dolinie do południa. Woda i wiatr wyrzeźbiły ich setki. Niektóre ledwo na szerokość dorosłej osoby. Inne były jak ogromne rany o postrzępionych brzegach odsłaniające kolejne, różnobarwne warstwy ziemskiej powłoki. W niektórych, na dnie połyskiwały kałuże wody. Wdrapaliśmy się na płaskowyż. Tam było odrobinę lepiej za sprawą podmuchów wiatru.

Wracając do samochodu spotkaliśmy dwoje Polaków – kobietę i starszego mężczyznę ­– oraz idącego przed nimi Irańczyka w dżalabiji niosącego, w obu rękach, reklamówki z butelkami wody. Obrazek jak z kolonialnych czasów. Okazało się po przywitaniu, że to ojciec z córką. A człowiek w dżalabiji był ich kierowcą i przewodnikiem. Nie znał wszak ani angielskiego, ani tego miejsca. Kobieta powiedziała mi, że go wynajęli, bo był najtańszy. Sama też przyznała, że słabo mówi po angielsku, co akurat w tym przypadku było niewielką stratą, skoro ich przewodnik także nie potrafił się nim posługiwać. Chodzili po dolinie już od dwóch godzin próbując na próżno znaleźć swój samochód. Po mężczyźnie widać już było tego skutki. Ledwo poruszał nogami i  ciężko oddychał. Jeszcze godzinę a ich wycieczka mogła skończyć się tragicznie. Pokazałem im drogę powrotną. Kiedy byliśmy już przy naszej „Toyocie” ich sylwetki jeszcze majaczyły na horyzoncie.

Kiedy dotarliśmy do kanionu Chahkooh przywitał nas staruszek o wyglądzie egipskiej mumii. Przygarbiony, chudy, o skórze jak pergamin. Miał w ręku długi, drewniany kołek. Drugą podtrzymywał opadające spodnie. Pomachał do nas przyjaźnie ręką i kazał iść za sobą. Nie spodziewałem się, że mimo lichej postury ma tyle energii. Ledwo za nim nadążaliśmy korytem wyschniętej rzeki. – Na wiosnę woda dochodzi aż tam – pokazał ręką ciemną linię na skałach wąwozu, kilka metrów nad naszymi głowami. Przy wejściu do jednej z odnóg parowu wbił kołek w ziemię i przybił do niego tabliczkę wskazującą kierunek zwiedzania. Nareszcie się wyjaśniło, po co niósł go ze sobą. Początkowo myślałem, że na zdziczałe psy, których na wyspie jest sporo. Przejście przez kanion okazało się prawdziwym wyzwaniem. Kiedy słońce znalazło się w zenicie upał stał się nie do wytrzymania. Nie pomagało nawet chłodzenie się wodą, którą zaczerpnęliśmy ze studni. Woda momentalnie parowała a na czole, w kącikach oczu pojawił się biały nalot soli. Z ulgą opuściliśmy to miejsce, mimo malowniczej rzeźby terenu. Podziękowałem naszemu przewodnikowi. Ściskając mi rękę przytrzymał ją przez dłuższą  chwilę patrząc mi prosto w oczy. Domyśliłem się, że nie o taka formę mu chodzi, ale był zbyt dumny lub nieśmiały by poprosić. Dałem mu 5 tys. tomanów. Równowartość ok. 5 złotych. Chowając banknot do kieszeni uśmiechnął się z zadowoleniem.

Nie mogliśmy ominąć najdłuższej na świecie jaskinię solną Namakdan, by odpocząć. Ciągnie się na długości prawie siedmiu kilometrów pod wzgórzami w kolorze wielbłądziej sierści. Obok niej, na obszarze wielu hektarów widać na powierzchni setki brył solnych wymieszanych z piaskiem. Przed wejściem do jaskini błyszczało opalizującym blaskiem słone jeziorko zasilane przez wąski strumień wypływający z ciemnej czeluści. Woda w nim miała temperaturę ukropu. Zdaniem strażnika, który nas oprowadzał, dobrze robi na choroby skórne i reumatyzm. Przyświecając sobie latarkami czołowymi podziwialiśmy  różnokolorowe, solne stalaktydy i stalagmity. Niektóre wielkie jak kolumny. Inne były jak ogromne  pęcherze przyklejone do ścian na końcach, których formowały się srebrzystobiałe, solne ostrza. Każdy kolor oznaczał zanieczyszczenie soli innym minerałem. Czerwony, żelazem. Zielony, związkami miedzi. Pierwsze sto metrów jaskini jest łatwo dostępne. Mogliśmy iść bez problemów. Trzeba było jedynie uważać na skalne nawisy. Pozostałą część mogą eksplorować jedynie grotołazi wyposażeni w specjalistyczny sprzęt.

One comment

  1. Fantastyczne muszą być te wszystkie widoki, choć uczciwie przyznam, że warunków zewnętrznych nie zazdroszczę. Mam pytanie: czy są i czy w ogóle udało się w tych ciemnościach wykonać jakieś fotki stalaktytów i stalagmitów?

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *