Małe radości

Czym jest radość? Co ją wywołuje? Jest tak wiele sytuacji i bodźców, które ją powodują. Każdy człowiek przeżywa ją na swój, indywidualny sposób i inaczej manifestuje. Jedni z radości płaczą. Inni upijają się. A są też tacy, co tańczą ze szczęścia. Niektórzy  czerpią radość z ekstremalnych wyczynów. Inni ze spokojnego, rodzinnego życia. Tym co łączy tych wszystkich ludzi w tych chwilach, często tak odmiennych, jest przejmujące i głębokie doznanie tożsamości z sobą samym. Kiedy każdą komórką ciała, w każdym naszym oddechu czujemy intensywność naszej egzystencji na ziemi i radość, że jesteśmy, że żyjemy.

Doskonale wiedzą o tym ludzie chorujący na ciężka, przewlekłą chorobę. Kiedy opadają siły, pojawiają się: ból, strach i niepewność każdego następnego dnia. Wydaje się im wtedy, że skoro nie ma powodów do radości resztę swego życia przeżyją w smutku i cierpieniu. Paradoksalnie, ale w tych właśnie chwilach, dzięki odrobinie wyobraźni oraz dobrej woli można znaleźć w zwykłych i znanych sytuacjach ich nowy wymiar i źródło małych radości.

Tak było też ze mną. Kiedy po raz pierwszy po operacji resekcji lewego płata wątroby, na którym były guzy, pozwolono mi wyjść na spacer. Usiadłem na ławce przed szpitalem przy Lindleya. Było ciepłe i słoneczne  sierpniowe przedpołudnie. Pierwsze takie po kilku dniach ulewnych deszczy. Krople wody na źdźbłach trawy mieniły się jak szklane koraliki, które w dzieciństwie wielokrotnie widywałem na odpustach oraz na azjatyckich bazarach. Mokra ziemia parowała wydzielając intensywny i lekko metaliczny zapach, który wręcz czułem na spierzchniętych wargach. Siedziałem tak z pół godziny na mokrej ławce kompletnie nie zwracając uwagi na przemoknięte, na siedzeniu, spodnie od dresów.

Obserwowałem mrówki zmagające się z okruchem ciasta przekraczającym wielokrotnie ich wagę i objętość. Z jaką precyzją i determinacją próbowały go przetoczyć do mrowiska na trawniku. Najpierw było ich kilka. Potem pojawił się cały zastęp. Jedne próbowały go obrócić na bardziej płaską stronę. Inne w tym czasie pchały, a kolejne ciągnęły, aż kilku z nich udało się włożyć go na plecy swoich koleżanek, które jak wielonogi pojazd powoli odtransportowały okruch ciasta do odległego o kilka metrów domu. Trudno o lepszą metaforę ludzkiego losu. I właśnie wtedy, pomimo bólu, czułem ogromną radość, że żyję sprowokowaną przez widok kilkudziesięciu mrówek walczących o przetrwanie w odwiecznym cyklu życia i śmierci.

Pojąłem wtedy, że nie trzeba żyć intensywnie, szukać kolejnych nieznanych miejsc i ekstremalnych doznań, by cieszyć się życiem. By odczuwać radość z każdego, kolejnego poranka i kolejnej nocy. Z każdego niespiesznego spaceru po lesie. Ze smaku świeżo zaparzonej kawy czy pierwszych truskawek ze śmietaną.  Rozumiem jednak tych ludzi, którzy właśnie kiedy zaczynają chorować na raka nabierają apetytu na coś szalonego. Na coś czego, kiedy byli zdrowi albo się bali, albo sobie odmawiali. Jedni latają na paralotni. Inni wybierają się w daleką podróż. Bo właśnie wtedy, kiedy nasze życie jest zagrożone smakuje ono tak bardzo. Chyba nawet bardziej jak łyk wody na pustyni.

To dziwne, ale dla chorego nawet nuda wywołana monotonią dni może być inspirująca. Kiedy człowiek jest zdrowy  często wyprowadza go ona  z równowagi i zmusza do podejmowania aktywności, by poczuć zmianę, bo wtedy – tak mu się wydaje  –  dopiero prawdziwie żyje. Nic bardziej mylnego. W jedynym i drugim przypadku żyjemy tak samo, zaś jak, zależy wyłącznie od naszej wyobraźni i tego jak przeżywamy swój czas. Wyobraźnia to potężna siła mogąca zmienić zwykłe rzeczy i pozornie nudne sytuacje w fascynujące zjawiska.

Ot, zwykły porcelanowy kubek z herbatą. Wyobraźmy sobie ludzi, którzy najpierw wydobyli glinkę z ziemi i dostarczyli do zakładu garncarskiego lub fabryki. Potem kolejni, uformowali rękoma, na kole garncarskim mokrą masę w kubek, dolepili uformowane zręcznymi palcami, uszko. Następni wypalili go w piecu i obtoczyli w glazurze. I na koniec, czyjeś kobiece ręce pomalowały go w kwiaty. Kim byli ci ludzie? Co myśleli, kiedy wykonywali swoją pracę? I tu wyobraźnia podpowiada wiele możliwości.

Albo ususzone listki herbaty, którą zalaliśmy wrzątkiem. Pochodzi ze Sri Lanki. Tysiące kilometrów od naszego domu. Wyobraźmy sobie turkusowe pola krzewów herbaty rosnące na łagodnych zboczach. Z pól, jak wielkie pióropusze, wyrastają drzewa eukaliptusowe, które mają ocieniać młode listki herbaty, bo z nich otrzymuje się najlepsze gatunki. Pomiędzy rzędami krzewów, z ogromnymi koszami na plecach, krok za krokiem idą czarnolice, zgrabne Tamilki. Gdzieś, pod obłokami słychać przenikliwe „tije” przelatujących zimorodków. Delikatnie, opuszkami palców zrywają wyłącznie te górne, najdelikatniejsze. Czasami śpiewają i wtedy ich śpiew falami dociera dolinami, aż do Nuwaraeliya. Może śpiewają z radości, a może z tęsknoty za ziemią przodków? Za deszczowymi lasami Ghatów Zachodnich, za zachodem słońca nad Zatoką Bengalską. Któż to wie?

Radość może pochodzić z poszukiwania odpowiedzi na te pytania. Z przebywania, w wyobraźni, z ludźmi, którzy choć tak daleko od nas żyją, mogą stać nam się bliscy. Choćby tylko tak. W moim ukochanym „Hobbicie” jest jedno zdanie stanowiące kwintesencję małych radości, kiedy Thorin mówi do Bilba – „Świat byłby weselszy, gdyby więcej jego mieszkańców tak jak ty ceniło sobie dobre jadło, zabawę i śmiech wyżej jak górę złota.” Naprawdę niewiele więcej trzeba, by być szczęśliwym, a przynajmniej umieć czerpać radość z drobiazgów.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *