List do nieznanego przyjaciela

Nie jestem guru, ani żadnym coachem. Nie powiem ci jak żyć i oswoić twoje lęki. Nie mam zamiaru odsłaniać przed tobą wyjątkowych ścieżek poznania. Nie ukoję twojego bólu, ani nie dam recepty na szczęście. Chcę jedynie podzielić się z Toba doświadczeniami z własnej pielgrzymki od słońca do smugi cienia. Od trwogi do spokoju i akceptacji.

Zapytasz jaki był jej początek?

Na początku był lęk. Wręcz fizyczny. Namacalny jakby ktoś stalowymi kleszczami ścisnął mnie za gardło. Odbierał mowę i jasność myślenia. Gdybym miał go namalować, byłby zapewne czarną, foliową płachtą szczelnie okrywającą całe ciało. Zwłaszcza oczy i usta.

Było też pytanie. Jak to, czy to już koniec? Podzielę los listków ściętych wiosennym przymrozkiem? Zniknę jak plama wilgoci w promieniach słońca, na plaży? Nie pójdę już na spacer? Nie przytulę żony? Potem, kiedy szok już minął zacząłem obserwować swój lęk i myśli, które rodził. Przypominało to trochę obserwację chmur na niebie. Myśli, skojarzenia, wyobrażenia płynęły gdzieś wysoko, nade mną. Raz były to ciemne chmury burzowe. Innym razem, pierzaste, radosne cirrusy. Niesione po niebie jak strzępki cukrowej waty. Obserwowałem je dniami, tygodniami. Zrazu nie było to łatwe.

Potem powoli przyszła uważność i zrozumienie tego co widzę. Kruchość ludzkiej egzystencji, ale też jej piękno i niepowtarzalność. Z wolna rodziła się samoświadomość tego, że wszystko co złożone musi kiedyś wrócić do swego pierwotnego stanu. Do komórek, atomów. Fizyczna śmierć jawiła się jedynie jako przejście od jednego do drugiego stanu. Wiara podpowiadała mi też, że powrócę do swego Stwórcy. Niezgłębionej Miłości.

Pojawiła się akceptacja tego, że nie można, tu na ziemi, żyć w stanie permanentnej euforii, zdrowia oraz powodzenia. Przeciwności np. choroby są potrzebne człowiekowi, by go kształtowały. Jak dłuto w rękach rzeźbiarza odłupuje z bryły kawałki kamienia, by wydobyć pożądany kształt. Prawdziwe człowieczeństwo, które nie jest tylko dane, ale i za-dane .

Nauczyłem się rozumieć własne lęki. Przestały być irracjonalną, ciemną stroną jaźni, ale stały się częścią mojej świadomości. Zaakceptowaną. Codziennie bowiem powinniśmy stawiać czoła własnym lękom. Nie pokonywać je, ale – na ile to możliwe – rozumieć. Skąd się biorą i do czego prowadzą. Oswajać je.

Zapytasz, czy teraz jest mi dobrze ?

Odpowiem tak. Nie rozumujmy w kategoriach zła i dobra. To niewłaściwe podejście.  Jestem ze sobą pogodzony. Ze swoją ułomnością, kruchością i śmiertelnością. Sprawia mi radość każdy następny poranek, ale wiem, nie będzie ich nieskończona liczba. Przestałem traktować choroby jak nieszczęście, dopust Boży, tragedię. One po prostu są inną stroną naszego życia. Trzeba je oczywiście leczyć, ale jeszcze bardziej dbać o to, by lęk jaki wywołują nie zabił w tobie radości życia i tego ogromnego potencjału, jaki został nam dany. Wiary, nadziei i miłości.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *