Zabawa w Jaździe

Jedyna taka teokracja (6)

Łapacze wiatru

Chciałem sprawdzić prawdziwość opinii o tym mieście zamieszczoną w „Oswajaniu świata” Bouviera, że w Jazdzie upał i muchy są za bezcen, a jego mieszkańcy mają opinię największych tchórzy, najlepszych ogrodników i najskuteczniejszych kupców. Na logikę to miasto w ogóle nie powinno istnieć, bo latem upały dochodzą do 50 stopni w cieniu, a wokół pozbawiona wody pustynia wyciska z wędrowców każdą kroplę wody. Powietrze jest tak suche i gorące, że mokra chustka schnie w kilka sekund. Nie ma czym i jak oddychać, bo gorący jęzor pustynnego żaru wciska się do ust i sprawia, że po chwili przypominają one koryto wyschniętej rzeki, a język staje się ostry jak tarka.

Jednak tysiące lat temu jego mieszkańcy rozwiązali problem braku wody i upału. Pobudowali wielokilometrową sieć podziemnych kanałów (kanotów), którymi sprowadzali wodę z pobliskich gór. Znakiem rozpoznawczym Jazdu są górujące nad miastem badgiry – łapacze wiatru, charakterystyczne kominy z otworami po bokach nastroszone czasami patykami lub rurkami. Dosłownie, pensjonat w Jażdziełapią one wiatr, który rozprowadzają po wszystkich pomieszczeniach w budynku. Badgir to taki starożytny protoplasta współczesnej klimatyzacji. Używany zresztą  z powodzeniem do dziś.

Zamieszkaliśmy w przytulnym hoteliku na starym mieście, blisko meczetu piątkowego. Na placyku,  przed pensjonatem stała wysoka na ok. 3 metrów drewniana konstrukcja pokryta czarną tkaniną z naniesionym nań wersetami z Koranu zwana nochl. Nochl ma symbolizować „trumnę” imama Hossejna, której mu po śmierci odmówiono. Muzułmanie używają takich trumien wyłącznie do przeniesienia zwłok na miejsce pochówku, zaś samo ciało chowają w ziemi owinięte w białą, muślinową tkaninę nie później jak 24 godziny od śmierci. Według przekazów historycznych zwłoki Hossejna pozostawiono na pustyni kilka dni, co jest kolejnym powodem do rozpaczy dla jego duchowych spadkobierców.

Myślałem, że chodząc samotnie wąskimi  uliczkami  wijącymi się wśród starych  budynków pokrytymi tynkiem zrobionym z gliny i pokrojonej słomy, poczuję magię tego starożytnego miasta. Oczyma wyobraźni zobaczę jego dawnych mieszkańców, wyznawców zoroastrianizmu w powłóczystych szatach udających się na modlitwy do Ahura Mazdy, Pana Mądrości. Niestety, co chwilą musiałem ustępować miejsca grupom spoconych 15-dniowych turystów goniących za przewodnikami z obłędem w oczach, którzy im pokazywali  – jakby się zmówili – głównie kołatki na drzwiach. Osobne dla mężczyzn i osobne dla kobiet. Większość z nich – co wynikało z moich rozmów – w ogóle nie znała historii Iranu i nie  wiedziała co ogląda. Wykupili wycieczkę i podążali za przewodnikami jak „za panią matką” od meczetu do meczetu, nie zwracając uwagi na życie toczące się wokół.

Jedna z turystek – nie wiedząc, że jestem Polakiem – wprawiła mnie w osłupienie mówiąc  do koleżanki po polsku, że ci Arabowie w Iranie są nawet bardzo uprzejmi. Choć z zasady nie wtrącam się w prywatne rozmowy tym razem nie wytrzymałem. Przedstawiłem się i zwróciłem jej uwagę na fakt, że w Iranie mieszkają w większości Persowie mówiący językiem perskim, a ich cywilizacja ma ponad 2500 lat. „Taaak, nie wiedziałam. A mnie znajomi mówili, że to Arabowie”  – skwitowała moją korektę nie wykazując nawet odrobiny zakłopotania. Okazało się, że była lekarką z Gdańska. Według mnie, masowa turystyka wyrządza więcej szkód jak kolonialne podboje.

cdn.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *