Jedyna taka teokracja (3)

Tasua

Chciałem zobaczyć obchody Aszury (aszura – po arabsku znaczy dziesiąty) przypadające na 10 dzień miesiąca muharram, czyli 29 września 2017 r. Nazwa muharram wywodzi się od słowa „haram” oznaczającego „zakazany” lub „święty”. Postanowiłem z żoną, że spędzimy je w Kaszanie. Niewielkim mieście leżącym w połowie drogi pomiędzy Qom a Isfahanem. Według chrześcijańskiej legendy to z tego miasta do Betlejem udali się Trzej Królowie, by pokłonić się nowonarodzonemu Jezusowi.

Już tysiące lat temu Kaszan był pierwszą, dużą oazą na pustynnym szlaku z Qom do Kermanu. Poza meczetem Aga Bozorg, tzw. domami historycznymi, ogrodem Fin nie ma tam właściwie innych atrakcji turystycznych. Miasto zostało prawie całkowicie zniszczone podczas wielkiego trzęsienia ziemi w XVIII wieku.

W Tasuę (tasua – po arabsku znaczy dziewiąty), wigilię Aszury od południa ulice Kaszanu powoli się wyludniały. Tylko nieliczni spóźnialscy z torbami pełnymi zakupów spożywczych przemykali się w cieniu do domów. Ten dzień jest poświęcony Abbasowi ibn Alemu, dowódcy wojsk imama Hossejna.

Kaszan tasuaOd godzin wieczornych, wszystkie irańskie stacje telewizyjne transmitowały z różnych meczetów uroczystości  „rouze” – zgromadzeń żałobnych poświęconych śmierci imama Hossejna pod Karbalą. W niektórych z nich brali udział najwyżsi rangą duchowni szyiccy. Nas zaproszono na obchody „rouze” do meczetu na przedmieściach Kaszanu.

Pojechaliśmy na miejsce autokarem wypełnionym, prawie do  ostatniego miejsca, turystami z naszego hotelu. Ja na tę okazję założyłem czarną koszulę ze stójką, którą kupiłem w Hamadanie. Rolę przewodnika wziął na siebie jego właściciel. Ulice były zapełnione wiernymi spieszącymi się do meczetów na nabożeństwo. Wprowadzono nas do sali na piętrze, tradycyjnie zastrzeżonej dla kobiet. Od dolnej części dla mężczyzn oddzielała nas szyba. Przed wejściem musieliśmy zdjąć buty. Przywitał nas młody, dobrze zbudowany mułła wraz z tłumaczką. Usiedliśmy na krzesłach. Ubrani w czarne koszule chłopcy roznosili wodę mineralną i soki.

Mułła zaczął tłumaczyć znaczenie Aszury, ale mnie bardziej interesowało to, co dzieje się za szybą. Sala na dole była już wypełniona prawie w całości mężczyznami w różnym wieku ubranymi na czarno. Niektórzy z nich przesuwali między palcami paciorki różańców. Dochodzili jeszcze inni. Po kilku minutach zaczęło się rouze. Z umieszczonych w naszym pomieszczeniu głośników słychać było jak siedzący na podwyższeniu starszy duchowny zaczął opowiadać – znaną od ponad 1400 lat – historię męczeństwa imama Hossejna pod Karbalą.

Miał niewątpliwie talenty aktorskie, bo zaczął bardzo cicho, by przyciągnąć uwagę zgromadzonych.Umilkły wszelkie szepty. Wierni byli wpatrzeni tylko w rouze-chun, czyli prowadzącego nabożeństwo. Jego głos to opadał, to się wznosił. Ja sam po kilku minutach wpadłem w rodzaj stuporu. Żadne inne dźwięki, oprócz głosu rouze-chun i reakcje wiernych, do mnie nie docierały. W niektórych, co bardziej dramatycznych momentach, robił dłuższe pauzy jakby czekając na reakcję audytorium.

Po tych pauzach następował zbiorowy szloch oraz bicie się rękoma po piersiach i głowie. Nikt nie wycierał łez. Nikt nie wstydził się emocji. Opowieść trwała. Kiedy doszedł do miejsca jak Hossejn wraz z rodziną i towarzyszami umierał z pragnienia, bo niecny Jazid pozbawił go dostępu do wody zadygotał. Z oczu popłynął strumień łez. W sali rozległ się jęk. Wielu słuchaczy skryło twarz w dłoniach. Tylko po spazmatycznych drganiach pleców można było wnioskować, że szlochają.

Moment śmierci imama Hussejna prowadzący rouze prawie wykrzyczał. Po jego słowach zgromadzonych ogarnęła zbiorowa histeria. Wszyscy płakali. Nie to nie był płacz, raczej zawodzenie, skowyt przerwany – co kilka sekund – uderzeniami w piersi. Nagle wszystko ucichło. Mułła skończył swoją opowieść. Na jego twarzy widać było oznaki wielkiego wyczerpania. Przekazał mikrofon stojącemu obok młodemu człowiekowi, który zaintonował pierwszą nohe – żałobną pieśń. Wtedy ocknąłem się z prawie dwugodzinnego letargu.

Nasz mułła już też skończył swoje wyjaśnienia i zaprosił na posiłek. Kilkunastu chłopców, uwijając się jak w ukropie, błyskawicznie podało posiłek. Kurczaka z szafranowym ryżem. Był pyszny. Wszyscy zajadali się z apetytem. Takie imprezy  potrafią wywołać prawdziwie wilczy głód. Kiedy wychodziliśmy z meczetu zobaczyłem sporą grupę uczestników rouze. Po żałobie nie było już śladu. Palili papierosy, popijając herbatę. Śmiali się i żartowali. Jeden z nich spytał mnie, jak mi się podobało, tak jakby to był koncert gwiazdy rocka, a nie nabożeństwo żałobne. Taka jest podobno irańska dusza.

cdn.

Powiązane wpisy:

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *