Droga do Meghri

Dostaliśmy na drogę od Maro, córki gospodarzy, kilka wielkich płatów lawasza – tradycyjnego ormiańskiego chleba, który zachowuje świeżość nawet przez sześć miesięcy. Bo choć z Tatev do Meghri jest tylko ok. 150 km, ale droga do irańskiej granicy jest wąska i wznosi się aż na wysokość 2530 m i podróż może być długa.

Przyjechał po nas Levon, sąsiad gospodarzy, stary, wysłużonym samochodem. Pękniętą tylną szybę prowizorycznie zaklejono taśmą samoprzylepną. Łyse opony wołały o zmianę. Niepokoiłem się, czy jego pełnoletnia „Łada” da sobie radę na stromych i ostrych podjazdach w górach. Widząc moje obawy Levon kopnął nogą w koło od strony kierowcy: – Eto charoszja maszyna, nie bezpakojsja. W Meghri my budiem w czas – dodał uspokajająco.

Kiedy przejeżdżaliśmy przez Park Narodowy Arevik zacząłem wypatrywać przez okno lamparta kaukaskiego, którego na obszarze parku – drogą reintrodukcji – naukowcy próbują od kilku lat przywrócić do naturalnego środowiska. Lampartów oczywiście na było, ale z punktu widokowego przy drodze, na którym się zatrzymaliśmy „za potrzebą” dostrzegłem na lazurowym niebie dwa kołujące sępy płowe. W przydrożnej restauracji, popijając kawę „po turecku” zapytałem Levona jak się im żyje w niepodległym od 25 lat kraju. Czy odczuwa różnicę, kiedy byli jedną z sowieckich republik.

– Za sowietów była gospodarka centralna. O wszystkim decydowano z Moskwy, co prowadziło do paradoksów, że np. w Aremnii wytwarzano papierosy, ale filtry do nich już w innej republice. Po odzyskaniu niepodległości Azerbejdżan zablokował granice przerwano wszelką wymianę handlową z pozostałymi częściami imperium sowieckiego. Musieliśmy palić papierosy bez filtra. Nie było benzyny, bo Azerowie nie przepuszczali transportów. Nagle się okazało, że jesteśmy otoczeni przez prawie samych wrogów. Z Turcją i Azerbejdżanem mamy ponad 2/3 łącznej długości naszych granic. Z Gruzją i Iranem niespełna 200 kilometrów. Trzeba było od podstaw zorganizować połączenia handlowe i komunikacyjne. Teraz jest lepiej, ale jedyna droga, która łączy nas z Europą prowadzi przez Gruzję. To zakrawa na paradoks, ale to z szyickim Iranem mamy otwartą granicę i ruch bezwizowy. Gdyby Rosjanie zakręcili kurek z gazem, a Irańczycy dostawy paliw, rezerwy starczyłyby nam najwyżej na trzy miesiące. A potem ….. – machnął ręką w geście rezygnacji. W kwestii gazu Levon nie miał racji. Armenia importuje rurociągiem gaz ziemny z Iranu, którym jedynie zarządza lokalny oddział „Gazpromu”, ale powszechne jest przekonanie, że jest to gaz rosyjski.

W czasie pobytu w Armenii wielokrotnie spotykałem się z opinią, że za Sowietów żyło się Ormianom lepiej. Wielu jej mieszkańców chciałoby, aby wszystko było po staremu. Tęsknota za socjalnym bezpieczeństwem wygrywała z radością z niepodległości, która po chwilach euforii w 1991 roku, dziś jawiła się im jako: bezrobocie, korupcja, drożyzna. I nie dotyczyło to wyłącznie ludzi pamiętających czasy ZSRR, ale i wielu młodych przesiąkniętych mentalnością homo sovieticus.

Interesowała mnie jeszcze sytuacja polityczna, czy są zadowoleni z rządu i prezydenta. Levon popatrzył na mnie z widocznym zdziwieniem.

– Przecież Sarkisjan (prezydent Armenii) to pachołek Putina. Robi co on mu każe. Rosja nie wypuści Armenii ze swoich łap, bo – podobnie jak Gruzja –  mamy strategiczne położenie. Trzymają nas na gazowym pasku. Bez niego nasz przemysł by upadł. Z drugiej strony, tylko na Rosję możemy liczyć w razie kolejnego konfliktu zbrojnego z Azerbejdżanem.  W rosyjskiej bazie wojskowej w Meghri jest ich dwa tysiące. Mają niby pomagać naszym pogranicznikom w pilnowaniu granicy z Iranem, ale granica z Iranem, to raptem 35 kilometrów i to nie oni są wrogiem. No i ta korupcja. Za wszystko musisz się opłacać. Załatwiasz pozwolenie na budowę domu, musisz dać w łapę. Prowadzisz biznes, musisz dać kilka procent wartości kontraktu lub zamówienia „tym z góry”, bo inaczej wykończą cię kontrolami i podatkami. Nie jest łatwo, ale przynajmniej możemy głośno ponarzekać. I narzekamy na swoich, nie na okupantów – skwitował swój wywód z rozbrajającym uśmiechem.

Z badań armeńskiego oddziału Kaukaskiego Centrum Badań przeprowadzonych w 2010 roku wynika, że świadomość korupcji jest w społeczeństwie armeńskim powszechna. Zadaniem większości ankietowanych najbardziej skorumpowani są wyżsi urzędnicy. Sondaż pokazał jeszcze jedno. Całkowitą nieskuteczność armeńskiego wymiaru sprawiedliwości w walce z tą plagą. Tylko 8% respondentów (na 1600 ankietowanych) boi się jakiejkolwiek kary za przestępstwa korupcyjne. Powszechne jest też przyzwolenie na korupcję, co może być przejawem postsowieckiej mentalności  tak charakterystycznej dla byłych azjatyckich republik ZSRR zarówno u rządzących, jak i rządzonych.

Do Meghri dotarliśmy bezpiecznie po sześciu godzinach podróży.

cdn.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zabezpieczenie *